Lista rankingowa – 1, 2…10, oficjalna, rezerwowa… to dostałeś się czy nie?

Witajcie,

Dawno mnie tu nie było i przyznaję bez bicia, że dopiero powiadomienia o komentarzach przypomniały mi o blogu za co bardzo dziękuję! Po prostu oddałam się błogiemu lenistwu. Zamiast być pilną (pf!) studentką medycyny z książką pod pachą i okularami na nosie, byłam po prostu rozkoszującą się wakacjami, zwykłą dziewczyną. Całe dnie mijały mi na pławieniu się w tym wspaniałym uczuciu, kiedy na nic nie muszę się uczyć i do niczego przygotowywać. Tak tak, próbuję to uczucie dobrze zapamiętać, choć z pierwszymi tygodniami października już będzie mi pewnie kompletnie obce.

Prawda jest taka, że tęsknię za moją uczelnią. Tęsknię za moim przecudownym, najwspanialszym uniwersytetem na świecie. To wcale nie ironia. Brakuje mi ludzi, których zazwyczaj mam dość, pań z dziekanatu, które nigdy nie mają czasu i mnóstwa nauki, którą sobie olewam. Cieszę się, że mam ochotę wracać już po miesiącu, bo po kolejnych dwóch będę naprawdę naładowana. A 3 rok to same kliniki – czyli coraz bliżej bycia dochtórem.

Kiedy zakładałam bloga przewidziałam sobie na przerwę wakacyjną zaległe notki o pierwszym roku, ale myślę, że napiszę o czymś bardziej przydatnym w tym szczególnym czasie rekrutacji. Mianowicie właśnie o niej samej. A mam niemałe doświadczenie!

 

Kiedy składałam papiery zastanawiałam się tak samo jak Wy czy starczy mi punktów. Godzinami przesiadywałam na forum biolog.pl i wertowałam wszystkie tematy o rekrutacji i tak dalej. Były tam nieraz tak absurdalne pytania jak „Czy jak nie dostałem się z pierwszej listy to mam jeszcze szanse?”

Moi drodzy, list rankingowych jest kilka. W moim wypadku było 6 i za każdym razem próg spadał o 1-4 punktów. Ludzie składają opłatę rekrutacyjną na kilku uczelniach i zazwyczaj ponad połowa z podświetlonych na pierwszej liście wcale nie przynosi swoich dokumentów. Na drugiej liście to samo, na trzeciej, czwartej… Po prostu coraz mniej osób jest podświetlonych nowych, ale i tak spora część po prostu nie donosi papierów.

Nie dostaliście się z ostatniej listy? Nie ma problemu. Być może będzie lista rezerwowa. Wtedy to poproszą wszystkich z punktacją o 2-3 niższą niż próg o przyniesienie dokumentów. Z tych dokumentów które zostaną im dostarczone uzupełniają lukę. Dla niemieszkających w danej miejscowości to problematyczne przyjeżdżać specjalnie w określonym terminie z ORYGINAŁAMI papierów nie mając nawet pewności czy się dostaną - i tak próg spada o kolejne dwa punkty.

Po liście rezerwowej, która jest pewnie na przełomie sierpnia/września pojawia się już lista oficjalna. Nadal zabrakło odrobiny szczęścia? Nadal nie ma tragedii! Po liście oficjalnej piszecie odwołanie. Nie takie prawdziwe, że w rekrutacji było nie tak czy coś podobnego. Piszecie po prostu, że braliście w rekrutacji udział, macie tyle i tyle punktów i nadal wyrażacie głębokie pragnienie studiowania na tej wymarzonej uczelni. Wtedy to Wasze odwołanie razem z innymi czeka, aż ktoś, kto już złożył papiery, jednak zrezygnuje. Na komisji, która się zbiera 2-3 razy i ma miejsce w połowie/pod koniec września, dobierają ludzi uzupełniając luki.

A rezygnują! Nawet do połowy października rezygnują i to w niemałej ilości – prawie 10% przyjętych (jakby co – to nie statystyki, tylko wiedza z autopsji ;))

Bierzecie udział w rekrutacji na studia stacjonarne, ale czy się dostaliście praktycznie możecie się dowiedzieć dopiero na początku października. Stąd pytanie, czy składać dokumenty na studia niestacjonarne na tej samej uczelni (bo z inną nie ma problemu) i czy to nie będzie kolidować. Oczywiście, że nie! Musicie tylko uprzedzić miłe panie w rekrutacji, że wciąż czekacie na decyzję, czy się dostaniecie na stacjonarne. Nawet umowę możecie na niestacjonarne podpisać. Jak się okaże, że jednak jesteście szczęściarzami, po prostu trzeba będzie polatać trochę do dziekanatu.

 

Także nic się nie martwcie. Sama wiem jak to jest czekać do października na informację czy rozpoczynam studia czy nie. Naprawdę jednak o wiele bardziej opłaca się trochę powalczyć niż załamywać. Trzymam za Was kciuki! I dajcie znać kto z czytelników się dostał a kto próbuje za rok ;)

SOR część druga

Była dziś pacjentka z NZK (Nagłym Zatrzymaniem Krążenia). Było to niesamowicie fascynujące, na chwilę przed jej przyjazdem już wszyscy stali na nogach i byli gotowi do pracy. Moja doktorka rzuciła tylko „chodź, chodź, zobaczysz” i pobiegła na eRkę. Nie trzeba było mi dwa razy mówić; od razu ruszyłam za nią. Dużo ludzi, harmider, latanie w tą i w tamtą. Ustawiłam się tak, żeby widzieć jak najwięcej i możliwie jak najmniej przeszkadzać. Wszystko zaczęło wyglądać jak w filmie: nożyczki do ubrań (takich wcześniej nigdy nie widziałam, śmieszne są) poszły w ruch, wydruk EKG zaczął ostro niepokoić lekarzy, zjawił się anestezjolog, rytm serca pacjentki zwalniał…

…i wtedy właśnie usłyszałam: „Ł., zabierz koleżankę i idźcie zawieźć taką a taką pacjentkę na OW (Oddział Wewnętrzny) na 4 piętro”

Zawsze, ale to zawsze musi nas, praktykantów/stażystów ominąć najciekawsze. Swoją drogą już rozumiem określenie „hieny/sępy emocjonalne” gdyż tylko czekamy na jakieś ciekawe przypadki – a im trudniejsze, tym lepsze.

EKG już umiem robić prawidłowo, ale niestety nie rozumiem szpitalnych skrótów myślowych. Ostatnio staliśmy przy pacjencie po omdleniu, doktorka mówi „No, to będziemy badać… (na myśl przyszło mi osłuchiwanie, które na razie jest nawet jeszcze bardziej fascynujące od mierzenia ciśnienia) no to totolotek, hmm, L.!” Kiedy wybrała mnie z pośród trzech innych praktykantów, zaczęłam wyciągać stetoskop pławiąc się w tym uczuciu wyjątkowości. Na to doktorka powtórzyła głośniej: „L., TOTOLOTEK!”. Domyśliłam się w końcu, że jednak nie chodziło o losowanie, który z nas dostąpi zaszczytu zbadania pacjenta. Zaczęłam chować stetoskop i rozglądać się nerwowo na boki szukając pomocy w zrozumieniu języka, którego używa pani doktor. Już dawno z resztą zwróciła swoje zainteresowanie z powrotem w stronę pacjenta. No więc stoję jak taka sierota nie wiedząc co ode mnie chcą…

W końcu dzięki pomocy przemiłego ratownika medycznego dowiedziałam się, że TOTOLOTEK to karta do zlecania badań krwi. Faktycznie wygląda jak totolotek, zaznacza się krzyżykami o które konkretnie badania chodzi. No dobrze, wiedziałam już o co chodziło, teraz jeszcze tylko zostało skąd wziąć te cholerną kartkę…

I tak na okrągło. „Idź poproś o założenie karty” OK, ale gdzie? „Mogłabyś mi podać stazę?” (*staza =opaska uciskowa) Nigdzie nie było stazy, w końcu się okazało, że chodziło o rękawiczkę (taka nowoczesna staza…) „Poproś pana K.” Po pół godzinie wywoływania go w poczekalni dowiedziałam się, że leży już na sali „Zaniosłabyś krew do labolatorium? Tylko trzeba tam tak piknąć tą kartką” Za Chiny nie wiedziałam gdzie, w końcu oddałam próbki w punkcie poboru krwi na ręce pani, która ewidentnie wzięła mnie za skończoną kretynkę

Ale tak ogólnie to fajnie było. Pieczątki mam, zaliczenie praktyk też – choć na panią ordynator czekałyśmy z koleżanką pod drzwiami 2 godziny!

Swoją drogą, coś Wam powiem. Kitel i stetoskop dają moc. I nie ważne, że jesteś nic nieznaczącym, nic niewiedzącym praktykantem. Ludzie wręcz rozstępują się przed Tobą. I choć tak jak już pisałam wcześniej, nie chciałabym nigdy, żeby woda sodowa uderzyła mi do głowy, to byłabym hipokrytką, gdybym nie przyznała, że to całkiem przyjemne uczucie.

Na koniec praktyk musiałam oczywiście zrobić sobie w łazience selfie w kitlu i stetoskopem na szyi, żeby mieć co potem na Insta wrzucać i się lansić. No więc weszłam do łazienki, zakluczyłam się – nie wiem czy bardziej byłoby mi wstyd jakby ktoś mi wszedł podczas robienia siusiu czy nakrył mnie na pstrykaniu sobie lekarskich fotek w kiblu. Odłożyłam książeczkę praktyk na ubikację (przecież nie może jej być widać na zdjęciach!) i przystąpiłam do łazienkowego fotomodelingu. Po zrobieniu kilkudziesięciu zdjęć jakieś tam jedno się nadawało, więc zadowolona z siebie wróciłam do domu.

Oczywiście, książeczka dalej sobie leżała na ubikacji. Całe szczęście, że sobie o niej w końcu przypomniałam. No, ale selfie jest!

Szpitalny Oddział Ratunkowy – praktyki

Cześć czołem,

Prawie mam wakacje, oprócz tego, że muszę zaliczyć praktyki. W tym roku mamy SOR i rodzinnego.

No więc wybrałam się na SOR i zaczęłam tydzień praktyk. Weszłam do szpitala przestraszona, zagubiona, a niezbyt miła oddziałowa nie była skora do pomocy. W końcu odnalazłam przebieralnie i jak rzep uczepiłam się takiej młodej pani doktor, która kazała mi mówić do siebie po imieniu.

Niezbyt mnie do czegokolwiek dopuszczała. Z drugiej strony kiedy poprosiła mnie o zrobienie EKG to połączyłam kabelki dokładnie na odwrót i przez 10 min zastanawiała się, czemu ten zapis jest taki dziwny. Przyszła pielęgniarka i z wymownym spojrzeniem poprzestawiała kabelki. Czerwony, żółty, zielony, jak sygnalizacja świetlna!

Generalnie cały pierwszy dzień się nudziłam. Stałam w tym gabinecie i obserwowałam wielką komarzycę na suficie. Tak się śmiesznie trzęsła i zastanawiałam się nad tym, czy komary mogą mieć napad padaczkowy.

Na szczęście drugiego dnia już byłam bardziej ośmielona, ponadto koleżanka podpowiedziała mi, żeby się uczepić ratowników medycznych – oni zawsze robią coś ciekawego. Uczyli mnie zakładać wenflon i pobierać krew (nie żebym tego w zeszłym roku nie robiła, ale w życiu nic nie pamiętałam) udało mi się u trzeciego pacjenta, który był bezdomnym pijakiem i nie protestował przy moich niewprawionych ruchach.

Dowiedziałam się też, dlaczego lekarze z SOR-u tak narzekają na pacjentów. Otóż przychodzili ludzie, którzy np. od dwóch tygodni czują się słabo. Albo przyszła pani, która wczoraj (wczoraj!) miała wysokie ciśnienie. No i dzień bez bezdomnego, zapitego spirytusem to dzień stracony. Tacy to trafiają do VIP-room’u (sali dekontaminacji :-))

Pierwszy raz też osłuchiwałam, czułam się tak doktorsko i w ogóle. Nawet usłyszałam świsty! Choć wątpliwy to był sukces, bo pani doktor po wyjściu pacjenta stwierdziła, że te świsty można było usłyszeć bez stetoskopu, tak były wyraźne.

Nikt nas nie sprawdza, możemy przychodzić kiedy chcemy i na ile chcemy. Teoretycznie mogłabym to olać i poprosić o wpis na koniec tygodnia, ale to bliższe zetknięcie z przyszłym zawodem jest w gruncie rzeczy pociągające. Pacjenci wciąż mówią do mnie ‚pani doktor’, a ja wciąż poprawiam, że tylko odbywam praktyki. Poza tym odnoszą się do nas z takim uniżeniem i przeprosinami w głosie, że nie raz robiło mi się głupio, a nawet smutno. Tak sobie myślę, że chciałabym, żeby moi pacjenci w przyszłości nie odczuwali przede mną aż takiego respektu wręcz graniczącego ze strachem.

Angielski z piekła rodem

Otóż biorąc pod uwagę wszystkie poprawki, nerwy, ilość testów i tak dalej, najgorszy na tym roku był… angielski.

Takie małe podsumowanko, bo dziś jestem po ostatnim egzaminie – z angielskiego właśnie – i chyba go zdałam. Słowem, oprócz zaliczenia z immunologii na koniec czerwca i zaległego zaliczenia RKO (co jest formalnością) mam zdany 2 rok!

No ale wracając do tematu. Mieliśmy egzamin z angielskiego, ale żeby móc do niego podejść, trzeba było otrzymać zaliczenie. Zaliczenie było zależne od 4 sprawdzianów pisanych w ciągu roku akademickiego. Sprawdziany były przygotowywane i sprawdzane przez konkretnego lektora, z którym Twoja grupa miała zajęcia.

Oczywiście moja grupa miała najgorszą lektorkę na świecie. Co zajęcia była rzeź, kataklizm i piekło. Testy zdawały 3-4 osoby (na jakieś 25 w grupie) i to w dodatku te po klasach dwujęzycznych, z certyfikatami, a nawet udzielające korepetycji. Zdawali na 68, 70, max 76%, żeby nie było. To czego my, szaraczki, mogliśmy się spodziewać po sobie?

Skończyło się tak, że połowa osób z grup tej lektorki nie uzyskała zaliczenia. Była rozmowa z dziekanatem, była rozmowa z kierownikiem… i nic. W końcu napisaliśmy oficjalne pismo i cała ta sytuacja jest pięknym dowodem na to, że jednak studenci mogą coś zmienić.

Pozwolono wszystkim niedopuszczonym do egzaminu pisać „wyjściówkę” z całego roku, zaliczenie jej oznaczało zaliczenie przedmiotu. Oczywiście układana była przez inną, nie naszą lektorkę. Jak się spodziewacie, znakomita większość zdała, mimo że o wyjściówce dowiedzieliśmy się dzień wcześniej.

Powiem Wam jedno. Specjalnie oddałam egzamin na ręce mojej lektorki (która już w październiku mówiła nam, że nie będziemy mieć wakacji) i było to niesamowicie satysfakcjonujące uczucie!

Ściemnianie i ściąganie

Jak zwykle powinnam się uczyć i jak zwykle zamiast tego piszę notkę na blogu. To już jest złotym standardem, jak hodowla w mikrobiologii :P

Pojutrze mam egzamin z patofizjologii. Tym czasem opowiem Wam jak wyglądało zaliczenie jej u profesora a także jak zdałam te cholerne mikroby.

Na egzamin z mikrobiologii wyznaczyłam sobie trzy tygodnie nauki. Idealnie, bo dwa tygodnie z tych trzech to były święta – żadne zajęcia na uczelni nie przeszkadzały mi w pilnym opracowywaniu materiału.

…takie było założenie, skończyło się na tym, że zrobiłam jakieś 30% tego co zrobić chciałam. I to i tak nie w pełni, także szłam na ten egzamin z myślą, że nie zaliczę. Nawet nie byłoby mi przykro, bo nie straciłam za dużo czasu na naukę do niego.

No i pierwszy raz w życiu miałam tak dobre warunki do ściągania. Po pierwsze, siedział koło mnie w miarę przygotowany A. Po drugie, pilnowali, ale tak jakoś bez przekonania. Po trzecie, była jedna grupa. No i przerwa tylko jednego miejsca między nami.

Sama rozwiązałam jakieś 60% testu, z czego pewnie z 20% było źle. Resztę ślicznie z góry do dołu przepisałam. Bałam się, że przesunęła mi się ramka odczytu, ale skoro zdałam, to musiało być ok.

To był pierwszy i ostatni raz, kiedy ściągnęłam na tych studiach. W liceum robiłam to nagminnie, a jednak jakoś tak trochę mi głupio. Chociaż perspektywa wolnych od bakterii, wirusów i grzybów wakacji jest dobrym pocieszeniem.

 

A co do patofizjologii, to całkiem ciekawy przedmiot. Niestety zaliczenie z przypadków u profesora było zaraz po skończeniu naszych zajęć, chwilę przed zaliczeniem testowym i nie miałam czasu się przygotować. Poszłam więc ‚na spontanie’… i tak też wyszłam. Wyglądało to mniej więcej tak:

profesor: co to za mechanizm?
ja: taki i taki
profesor: czy na pewno?
ja: tak mnie pan Profesor dopytuję, że aż sama zaczynam wątpić, ale chyba tak!
*grobowa mina, zero uśmiechu, następne pytanie(…)
profesor: czego to jest przyczyną?
ja: no właśnie tego hiperaldosteronizmu, o którym mówiłam
profesor: ale tu nie ma żadnego hiperaldosteronizmu!
ja: a to cofam!
*ja się zaczełam śmiać, On – dalej grobowa mina

 

Z ust pana profesora padło jeszcze kilka pytań, na które odpowiedziałam dokładnie na odwrót, po czym oparłam głowę o dłoń, brałam głębokie wdechy i powiedziałam coś w stylu „Ja wiem, że to są sztandarowe pytania, ale mam taką pustkę w głowie teraz, kompletnie nie mogę pozbierać myśli”

Z grobową miną przyznał mi 2 punkty, sama się zastanawiam za co. Powiem Wam, że pierwszy raz odpowiadałam ustnie i faktycznie, nawet rzeczy, o których wiedziałam wypadały mi z głowy. Nie wiedziałam, czy bardziej jest mi wstyd czy wesoło z własnej nieudolności. Może ujął go ten widok zakłopotanej- głupio śmiejącej się – blondynki. Niestety po mnie już stawiał same zera, więc chyba jednak go trochę rozdrażniłam…

Może usłyszał mój wybuch śmiechu jak wyszłam z Jego gabinetu?

Patofizjologia taka potrzebna WOW

Tak nawiasem, bo właśnie zamieścili wyniki egzaminu z mikrobiologii – ZDAŁAM! Jak to zrobiłam, o tym w następnym poście… :-)) Na razie skaczę ze szczęścia!

***

Cześć czołem, dość już pewnie macie tych socjologicznych postów (tak jak ja przedmiotów) więc dodaję coś bardziej medycznego, żeby nie było, że to blog o studiach polonistycznych! Aczkolwiek ten 4 semestr więcej ma wspólnego z humanistyką niż medycyną…

Jak wiecie lub nie, mój rocznik przeszedł wspaniałą metamorfozę i od nas zaczęła się rewolucyjna zamiana studiów medycznych 6-letnich na 5-letnie. To cudowny, innowacyjny pomysł oh i ah (powiesić tego co to wymyślił) z tym, że najtrudniejsze przedmioty nam zblokowali – czyli przedmioty, które np. normalnie trwały cały rok są teraz skompensowane w dwa tygodnie. Nie, to nie żarty. Za to wszystkie polonistyczne bzdury ciągną nam się przez pół roku, ale to inny temat.

Patofizjologia to taka ulepszona o elementy patologiczne fizjologia. Po prostu uczymy się co się stanie, jak zaburzymy pracę jakiegoś narządu, czym można zaburzyć i jak to organizm kompensuje. Jak dla mnie, przedmiot ten jest bardzo ciekawy, bo jest logiczny. Jedno można wywnioskować z drugiego, także nie trzeba wkuwać na pamięć, tylko myśleć (choć to dla niektórych dużo, dużo trudniejsze).

Nawet jednak jeśli można odpowiadać na pytania myśląc logicznie, z jakiejś wiedzy trzeba wychodzić – i tu jest problem, bo przedmiot ten trwał 2,5 tygodnia. Codziennie. Przez 3 godziny.

Naprawdę nie da rady nauczyć się 80 stron podręcznika dziennie. A co dopiero zrozumieć! To ogromny brak szacunku dla przedmiotu ze strony tych, co układali plan zajęć. Zrobili z patofizjologii – jakby nie patrzeć, podkładki do zajęć klinicznych – rzecz mniej ważną od socjologio-psychologio-yolo.

Pomijam już fakt, że pytania na wejściówkach były kosmiczne, kompletnie nie kompatybilne ze skryptem. Na szczęście mieliśmy bazę pytanek, która wchodziła jak w masełko. Nawet jednak znając pytanie nie zawsze umieliśmy znaleźć odpowiedź. Któregoś dnia próbowaliśmy podpytać lekko naszą prowadzącą. Nie udzieliła pełnej odpowiedzi, za to zapytała z uśmiechem: „to co, jeszcze jakieś wątpliwości co do testu?” my na to: „no… jeszcze sporo” i jak już wyczuliśmy pozytywne nastawienie chcieliśmy zasypać ją pytaniami. „Ale uprzedzam, nie ja układałam te bzdurne testy i pewnie nie będę umiała Wam odpowiedzieć na wszystko”. „Ale my musimy wiedzieć to wszystko” „Ale ja nie, bo mam klucz”…

Na zajęciach generalnie opracowywaliśmy przypadki. W teorii, bo w praktyce wszyscy uczyli się testów na pamięć – test był zawsze na końcu zajęć.

Jedno czego zupełnie nie rozumiem to równowaga kwasowo-zasadowa. Gość opowiedział o przypadkach w godzinę, po czym zapytał czy ktoś ma jakieś pytania? Więc bardzo zdenerwowana ja powiedziałam tylko do S. „O czym On do cholery przez ten cały czas pier***ił?” po czym wróciłam spokojnie do mojej gry w szpital na ipadzie.

Trochę niefajnie, bo jutro mamy kolokwium zaliczeniowe i omawianie przypadków z profesorem. Kurcze, warto by było je przeczytać…

 

Zabawa w lekarza

Długo mnie tu nie było, akurat trafił się trudny dla mnie okres nie tylko ze względu na mikrobiologię (akysz, chyba i tak nie zdałam). Łączę studia medyczne i pracę. Tak, jest to możliwe, aczkolwiek nikomu, nikomu nie polecam.

A Wam, kochani maturzyści, życzę normalnego klucza (bo w Waszą wiedzę nie wątpię, jak już to w wiedzę sprawdzających ;))

Dziś na elementach profesjonalizmu robiliśmy coś ciekawego (tak! nie przesłyszeliście się!). Generalnie ten kolejny z bzdurnych humanistycznych przedmiotów, który niczym się nie różni od socjologii, psychologii medycyny, etyki i tak dalej jest podzielony na 3-godzinne! zajęcia. Słuchamy trzy bite godziny o tym jak się czuje człowiek w tramwaju albo rozmawiamy jakie są wspólne cele lekarza i pacjenta (po jakichś 2,5 godzinach opowiadania o tym, że masło jest maślane doszliśmy do wniosku, że wspólnym celem jest wyleczenie! szok, co?)

To wszystko nic, w porównaniu z tym, że trafił nam się ambitny gościu z misją, który za nieobecność każe pisać eseje na kilka stron a4 i nie pozwala uczyć się do innych przedmiotów na swoich zajęciach. A spróbuj się odezwać – będzie Cię męczył zaliczeniem do września!

Tak więc generalnie musimy odbębnić te trzy godziny patrząc w ścianę i medytując. Wytrwalsi biorą udział w grze prowadzącego pt. „stwierdzamy oczywistość”.

Dzisiejsze zajęcia były jednak inne – wcielaliśmy się w rolę pacjenta i lekarza. Pacjent wiedział co mówić/robić, lekarz musiał dobrze się zachowywać. Wszystko było nagrywane.

Ponieważ nasza grupa liczy trochę osób, pan ambitny-i-uprzedzony-do-lekarzy podzielił nas na dwie grupy i jedna z nich miała mieć zajęcia z bardzo miłą, nieasertywną panią. „No, to wszyscy od nazwiska na P, wstają i wychodzą…” – nie załapałam się – już widzę, jak się S. śmieje, że tak fajnie trafił podczas gdy ja jestem w grupie śmierci – po czym ambitny wstaje i idzie razem z nimi, a do nas wchodzi babka! Aż musiałam wysłać S. snapchata z podpisem ‚game over’.

Całość przypominała w naszej podgrupie bardziej zabawę niż szpital. Najpierw pół godziny nam zajęło stworzenie gabinetu lekarskiego z ławek i krzeseł (nawet były rozrysowane plany na tablicy, bez nich nie wiedzielibyśmy gdzie ustawić biurko a gdzie kozetkę…) potem zaczął się teatrzyk.

Z ciekawszych rzeczy – był pracoholik z bólami klatki przy wysiłku, któremu pani doktor powiedziała, że „albo odpuści awans, albo umrze”

Inne, kiedy M. spytała K. czy miesiączki są obfite, ta odpowiedziała ‚skąd mam wiedzieć’, no to doktorka na to ‚niech pani policzy, ile podpasek zużywa’. Swoją drogą K. przyszła po tabletki antykoncepcyjne, ale się wstydziła, więc najpierw udawała bolesne miesiączki. Ponieważ ze swoim chłopakiem nie stosowali żadnej antykoncepcji, doktor M. zaleciła tygodniową wstrzemięźliwość. K. na to, że tak się nie da, a właściwie to poprosi o receptę skierowaną do jej chłopaka żeby trzymał łapy przy sobie przez tydzień.

Ciekawy przypadek był kiedy zaciekawiony pacjent wypytywał i wypytywał o swoje wyniki badań, dlaczego jest skierowany na koronarografię itd. W końcu zapytał ‚no dobrze, doktorze, ale co to jest ta cała koronarografia?!’. G. na to: „W., ja naprawdę bardzo chętnie bym Ci powiedział, gdybym sam to wiedział do cholery”

Była też pacjentka, która miała mieć podejrzenie choroby wenerycznej, ale na to powinny były naprowadzić trafne pytania lekarza. Zamiast tego E. weszła, powiedziała, że źle się czuje i tak dalej a poza tym to ma sponsora.

Ogólnie komedia, nasza doktorka prowadząca krztusiła się ze śmiechu razem z nami. Jestem ciekawa, jak wyszły filmiki. Właściwie to mamy je omawiać na następnych zajęciach. Niestety już z tym strasznym gościem – i trochę się boję, że za ten brak powagi to on nas rozstrzela…

IFMSA i bezpłatne badania

IFMSA to Międzynarodowe Stowarzyszenie Studentów Medycyny. Należę do niego również ja. Ma za zadanie szerzyć wiedzę na temat zdrowia, praw człowieka i tak dalej. Organizuje różne projekty i akcje, za udział w których dostaje się punkty. Dzięki nim można wyjechać na praktyki za granicę.

Serdecznie polecam przyszłym medykom. W stowarzyszeniu tym oprócz mnóstwa KrEjZoLi którzy mają tyle energii i w ogóle i w ogóle SZOK! są też ludzie konkretni i faktycznie dostajemy szansę niesienia pomocy innym już od pierwszego roku studiów, a także możemy rozwijać swoje umiejętności.

Dziś na przykład jestem świeżo po akcji, która polegała na pomiarach glukozy we krwi, ciśnienia, zawartości tkanki tłuszczowej w ciele, zawartości dwutlenku węgla w wydychanym powietrzu i tak dalej ludziom uprawiających shopping w centrum handlowym.

Leżałam sobie w łóżeczku do południa, kiedy R. stwierdził, że na tą akcję ubiera garnitur. Pomyślałam: ok, no to czas wstawać, też się muszę odpicować! Skończyło się tak, że wyglądaliśmy w dwójkę jak ordynatorzy a nie studenci-wolontariusze. Co tam, grunt to elegancja zawsze i wszędzie!

*Oczywiście byliśmy w kitlach

No więc dotarliśmy na miejsce, znaleźliśmy stoisko i zaczęliśmy zachęcać ludzi do badań. Ja mierzyłam poziom glukozy we krwi a R. zawartość tkanki tłuszczowej, potem się wymieniliśmy.

Tak jak myślałam, maluteńkiego ukłucia (bo mieliśmy supernowoczesne! urządzenia do badania) najbardziej bali się rośli mężczyźni. Tak sobie stała grupka trzech (dresowych) z boku i obserwowali cichaczem. Zagadałam, zaprosiłam do badania. Pierwsza odpowiedź: ‚Nie, nie! To BOLI!!’. W końcu jeden z nich zagrał bohatera i zgodził się na to ukłucie. Za nim przyszedł drugi, ale bardzo niechętnie, powoli i nieufnie. Jak strzeliłam tym ‚strzelaczem’ do kłucia w palec (brzmi strasznie, ale tak naprawdę boli mniej niż ukłucie komara) tak głośno krzyknął „AŁA!” że aż reszta wolontariuszy się zwróciła w naszą stronę. Całe szczęście, że nie zemdlał, kiedy pojawiła się malutka kropla krwi…

Pomiar zawartości tkanki tłuszczowej nie był tak ciekawy, polegał po prostu na wprowadzeniu kilku danych i trzymaniu urządzenia w rękach przez kilkanaście sekund.

Uważam to za świetną promocję zdrowia. Trzeba uczyć ludzi nawyku okresowych badań i znajomości podstawowych pojęć. Poza tym udało mi się wyłapać kilka przygodnych wysokich glikemii (kiedy cukier we krwi jest za duży, ale jeszcze nie tragiczny) i zachęcić te osoby do wizyty u lekarza.

Oczywiście zdarzali się i tacy, które mieli nas za lekarzy i chcieli przerobić całą swoją historię medyczną. Na ile umieliśmy pomóc – tyle pomagaliśmy, niestety nasza wiedza praktyczna jeszcze nie jest zbyt rozległa.

Tak czy siak, uważam tą sobotę za bardzo udaną. Tym czasem za trzy tygodnie szykuje mi się egzamin z mikrobiologii…

Jak nas okradli na biochemii

Uczyliśmy z S. do egzaminu i zebrało nam się na wspominki z pierwszego roku. Przypomniał mi o bardzo ciekawym zdarzeniu, a pierwsze co odpowiedziałam to: ‚świetne, o tym jeszcze nie było na blogu!’ Także dziękuję S. za inspirację! Choć szczerze powiem, że tyle jest jeszcze do opisania, że czasem działa to w drugą stronę – coś jak z nauką u mnie, kiedy jest za dużo materiału to nie mogę się zdecydować od czego zacząć i nie zaczynam wcale…

Biochemia to jeden z dwóch biosyfów (jest jeszcze biofizyka) i te biosyfy to chyba najmniej zrozumiałe przedmioty, przynajmniej dla mnie. Owszem, zaobserwowałam, że nawet kiedy jakieś informacje wydają się kompletnie niepotrzebne to czasem zazębiają się z wiedzą z innych dziedzin i jednak pomagają. Na biochemii niestety odsetek pomocnej wiedzy jest zatrważająco niski a przydatność treści jest odwrotnie proporcjonalna do wymagań i egzekwowania ich znajomości.

Zajęcia z biochemii opierały się na seminariach i ćwiczeniach, zaliczenie było zależne od punktów które zdobywało się na testach cząstkowych (wejściówki, wyjściówki, repetytoria) i premiowana była aktywność na zajęciach (czyli kto miał prezentację przed oczami i umiał czytać to się załapał). Generalnie zajęcia nie były złe, zdarzały się ciekawe! Wkuwaliśmy biochemiczne aspekty chorób które wystąpiły tylko kilka razy na całym świecie od kilkudziesięciu lat. No ale niektórzy prowadzący tak przedstawiali temat, że nawet czasem był prawie zrozumiały.

Najlepszy był doktor H., który opowiadał o śmiertelnych skutkach jakichś chorób w taki sposób, że naprawdę nie sposób było się nie zaśmiać. Czarny humor poziom hard!

Zaliczanie było w porządku, gorzej z egzaminem. Na szczęście już za mną – był tragiczny. Jeśli ktoś miał ambicje się uczyć z książek a nie wkuwać pytania czekała go naprawdę ciężka robota. Co prawda nie obowiązywało nas rysowanie wzorów, ale ‚rozpoznawanie’ już tak co praktycznie nie zmieniało stanu rzeczy. Powiem jedno: te wszystkie biochemiczne procesy zachodzące w ludzkim organizmie są nie do nauczenia w takim czasie i przy takim natłoku zajęć. Poza tym kwestionuję ich przydatność w zawodzie lekarza. Chcą nas nauczyć wszystkiego, a tak się nie da…

Jednocześnie nawet jak się uczyłeś cały rok i podręcznik miałeś w małym paluszku to – jak pytania nie weszły – prawdopodobnie i tak nie zdałeś.

Był sobie taki dzień kiedy zajęcia mieliśmy w piwnicy. Po 1,5 h wybłagaliśmy wreszcie przerwę, a przed nami była wizja siedzenia tam drugie tyle. No więc wszyscy szturmem wyszliśmy z sali i grzecznie poszliśmy sobie do barku, łazienki, na papierosa itd. Po 15 minutach – jak na usłuchanych studentów przystało – wróciliśmy na zajęcia. Dr H. zaczął opowiadać dalej, kiedy nagle podeszła do niego E. : ‚Panie doktorze, nie mogę znaleźć portfela, proszę, czy mogę wyjść zadzwonić, żeby zablokowali kartkę płatniczą?’ Oczywiście zgodził się i kontynuował swój wywód. Po dwóch słowach przerwała mu M.: ‚Przepraszam, ja też nie mam portfela!! Jezu, sprawdźcie wszyscy!’ – no i to hasło praktycznie skończyło nasze seminarium. Spanikowani zaczęliśmy przeglądać swoje torby: okradziono 6 osób.

Najśmieszniejsze jest to, że mój portfel leżał na wierzchu torby i nikt go nie zabrał. Portfel S. za to leżał na ławce – nikt go nie ruszył. Laptopy też zostały na swoim miejscu.

Oczywiście zrobił się harmider, wielkie rozmowy pt. ‚kto też widział tego dziwnego typka na schodach?’ zadzwoniliśmy na policje. Przesłuchali okradzionych i naszego doktorka. Najprawdopodobniej ktoś – sądząc po śladach na drzwiach – się włamał, ale to wywnioskowaliśmy sami (cóż za spostrzegawczość, Sherlocku) bo policja nic nam nie chciała powiedzieć.

Nie złapali nikogo do dziś choć zarejestrowano, że ktoś faktycznie próbował wypłacić pieniądze z konta E.

A to załatwianie nowej legitki bez dowodu osobistego albo próba dostania się do domu bez kluczy i pieniędzy podobno było niezapomniane.

Taką mieliśmy przygodę. Najlepiej to skwitował L., który na pierwszym roku bardzo rzadko się odzywał, ale jak już coś powiedział to to, co powiedział, rekompensowało absolutnie całe Jego milczenie.

Na facebook’u ktoś dał posta z pytaniem ‚co trzeba mieć na następne zajęcia z biochy?’ L. na to : ‚portfele’

Anatomia xxx

Wracam wciąż i wciąż do tej anatomii, ponieważ jest tym mitycznym przedmiotem który determinuje studia medyczne. Nieustannie słyszałam, że najtrudniej ją zdać, beznadziejnie się uczy, jest taka trudna itakdalej itakdalej. Osobiście uważam, że nie była taka zła i są przedmioty o wiele gorsze (i o wiele mniej potrzebne!). Poza tym na zajęciach z anatomii dużo się działo i zawsze było ciekawie.

Na przykład jak po raz kolejny zrobiliśmy sobie na końcu sali nasze kółeczko różańcowe. W jakieś 5, 6 osób rozsiedliśmy się przy ostatnim stole i żywo dyskutowaliśmy o rzeczach na pewno niemedycznych. W tym czasie reszta osób uczyła się z podręczników, kilka preparowało, kilka gapiło się w ścianę. Asystent-znudzony wypatrywał czegoś za oknem, a Asystentka-szef opieprzała preparujących.

Gadamy tak sobie i gadamy, śmiejemy się i nie jesteśmy zbyt cicho. W końcu nasza ukochana doktorka podchodzi do nas i zaczyna opieprzać. I tak krzyczy, krzyczy i ubliża, aż w końcu mówi ‚Nawet podręcznika na stole nie macie, nie możecie chociaż udawać, że się uczycie? Co to ma być? Dalej, bierzcie podręcznik i go otwórzcie!!’

No to my pospiesznie zaczęliśmy szukać najbliższego podręcznika, bo żadne z nas nie miało swojego. M. sięgnął do sąsiedniego stolika i szybko mi rzucił ratującą życie książkę, ponieważ akurat koło mnie przystanęła rozzłoszczona asystentka. Chciałam znaleźć rozdział, który właśnie omawialiśmy, ale podręcznik otworzył się sam na zakładce, którą ktoś w nim umieścił.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby tą zakładką nie było zdjęcie (wielkości A5) nagiej, związanej kobiety z wielkimi piersiami, kneblem na ustach, w jednoznacznej pozycji i z dobrze wyeksponowanymi strategicznymi miejscami.

‚To ja się nie dziwię, że stan waszej wiedzy wygląda jak wygląda skoro z TAKICH źródeł się uczycie…’

Wszyscy (łącznie z doktorką-postrachem naszej uczelni) się śmialiśmy. Zamknęłam książkę i zaczęłam pytać ‚Czyje to? Czyje to?!’ żeby jak najbardziej dać do zrozumienia, że nie moje. Nawet Znudzonego zainteresowaliśmy na tyle, że podszedł zobaczyć co się dzieje – a to się nie działo zbyt często!